sobota, 5 grudnia 2009

O niepozorach i pozytywnych zaskoczeniach

Byłem tydzień temu w Kielcach. Odwiedziłem bibliotekę wojewódzką, posiedziałem kilka godzin, a do autobusu do mojej wioski miałem ponad godzinę. Więc postanowiłem połazić sobie trochę po moim kochanym mieście, bo dawno już nie miałem okazji. Zrobiłem kurs po wszystkich księgarniach w centrum, sprawdzając stan ich zaopatrzenia. Mijając księgarnię Świata Książki, dawniej księgarnię im. Stefana Żeromskiego przy rogu ulic Sienkiewicza i Paderewskiego, na wystawie zobaczyłem książkę: "Moje Indie", autorstwa Jarosława Kreta. Na okładce, cóż, jak nietrudno się domyśleć: Jarosław Kret. Na tle czego? Pewnie że Taj Mahal. Uśmiechnąłem się. Książka o indyjskiej pogodzie? Bo o czym mógłby napisać koleś zapowiadający pogodę w TV (przypomina mi się "The Weather Man" z Nicolasem Cage'm), który korzysta z chwilowej popularności? Ale miałem jeszcze 15 minut, więc wszedłem. Znalazłem księgę na półce, zacząłem przeglądać. Spis treści, zestawienie poruszanych kwestii - ciekawe, rozbudowane. Dużo zdjęć w środku, ale fajnych zdjęć, nic specjalnego...

Książkę dostałem w swe łapki dopiero w czwartek. Czytam, i co? I książka jest fajna, bardzo fajna. Nie wiem, czy dobra, to powiem jak skończę. Ale pozytywnie się zaskoczyłem. To nie jest ambitna analiza struktur społecznych, problematyki religijnej, socjologiczne czy jakiekolwiek inne naukowe spojrzenie na kraj, to napisane prostym językiem wrażenia z wielu odwiedzin tych ziem. Po przeczytaniu wielu książek o Indiach (ostatnio "Kraj Świętych Krów i Biednych Ludzi" Giełżyńskiego - spojrzenie na kraj sprzed ponad 30 lat z wieloma ideologicznymi pierdami, w końcu wydana w 1977...), jest to fajny powiew świeżości, lekkości literackiej, nie wiem czego, ale czyta się bardzo fajnie. Mimo, że z okładki bije śliczny, może i nawet nie sztuczny uśmiech Jarosława Kreta w rozpiętej do brzucha koszuli, wklejonego na zdjęcie Taj Mahal. I po raz kolejny i zapewne nie ostatni: Nie można oceniać po pozorach, pierwszym wrażeniu, okładce, wydaniu. Nie można wrzucać w szufladki, stereotypizować. "No bo jak może napisać dobrą książkę facet pokazujący w TV, gdzie słoneczko, a gdzie chmurka?!" Albo w kwestii poruszanej: "Przecież książka o elfach/rycerzach/magii nie może być dobra!". Może dla wielu czytanie książki Jarosława Kreta, z Jarosławem Kretem na okładce jest obciachowe, tak jak czytanie fantastyki czy noszenie długich piór. Ale, jak powiedział Ziemkiewicz, współczuję ludziom, dla których "obciach" jest kategorią oceny, bo to świadczy o tym, jak wąskim zakresem postrzegania i oceniania dysponują i się posługują. Gdybym nie zobaczył tej książki, gdybym, kierowany pierwszym wrażeniem, jakim był ironiczny uśmiech, nie zainteresował się, dlaczego Jarosław Kret pisze książki podróżnicze, nie kupił jej i nie stwierdził, że to wartościowa rzecz, nie doświadczył fajnej prozy. Jednym słowem, stereotyp i pierwsze wrażenie, "obciach", ograniczyłyby mnie i nie pozwoliły zdobyć wspaniałego doświadczenia. Podobnie z fantastyką, muzyką, której mainstream nie znosi, uważając z resztą za obciachową i płytką, nie znając jej - no ale o tym też już wiele razy było, to klasyczny schemat.

Ech, krótki wpis miał być, bo po 12 już, a ja w piżamie, i za pisanie magisterki się brać winienem. Ale się pseudointelektualnie wypróżniłem, teraz miejsce jest na rzeczy wyższe. Bon Voyage!

0 komentarze:

Prześlij komentarz