Kiedy byłem mały, w wakacje jeździłem z rodzicami do wujka do miejscowości Żabie. Miejscowość ta leży w okolicach Ulanowa, który leży na południowy wschód od Niska, które leży na południowy wschód od Stalowej Woli. Przez Ulanów przepływa wciąż chyba najczystsza rzeka w Polsce, mianowicie Tanew. Bardzo płytka w miejscach, gdzie były kąpieliska, w przeszłości flisacy spławiali nią drewno. Wujek nie mieszkał w Żabiu na stałe, mieszka w Piekarach a do Żabia przyjeżdżał na całe lato. Ten dom, z całą działką, wielkim ogrodem i kawałem lasu, to było coś niesamowitego. Dom miał wiele lat, nie jestem w stanie powiedzieć, ile dokładnie. Dla mnie fakt, iż na ganku w dachu był specjalny schowek, w którym w czasie II Wojny Światowej mój daleki wuj ukrywał partyzantów, świadczył o tym, że dom jest bardzo stary. Bo w tym 1992-1993 czy później to już "Czterej Pancerni i Pies" był starym serialem, a przecież o wojnie traktowały... Dom był cały drewniany, ciemny, stary. Wchodziło się z ganku (na którym stał przykryty ciężką, brudną plandeką motor nieżyjącego już wtedy brata mojego wuja) do przedpokoju, gdzie leżały kosze z owocami zebranymi w ogrodzie, worki z ogórkami kupionymi we wsi. Stał tam stary, nieużywany już piec kaflowy. Stamtąd też prowadziły schody na górę.
Na prawo były drzwi do pokoju, w którym zazwyczaj mieszkaliśmy z rodzicami (chyba, że akurat w te wakacje przyjeżdżaliśmy z przyczepą kempingową). Strop w tym pokoju był wysoki, były na nim takie charakterystyczne, ciemne, duże, grube, drewniane belki. Pod ścianą stało ogromne łóżko, które skrzypiało. W ogóle wszystko tam skrzypiało: Łóżko, podłoga, drzwi, szafa... Było też okno w starych, drewnianych ramach, wychodzące na ogródek warzywny i drewutnię. W ścianie przeciwnej do tej, przy której stało biurko, były drzwi. Nad nimi wisiał obraz Kossaka, nie pamiętam niestety którego. Przedstawiał chyba jakieś polowanie. Bałem się tych ciężkich, masywnych, wiecznie zamkniętych drzwi. Bo najstraszniejsze drzwi to takie, o których nie wiemy, co kryją po drugiej stronie...
Na lewo z przedpokoju wchodziło się do kuchni. Była tam kuchnia taka na opał, stare meble kuchenne. Za kuchnią był salon, z którego wychodziło się na werandę. Salonu nie pamiętam prawie w ogóle, za to weranda była dość duża, jak cały dom pachniała starym drewnem i kurzem, tylko intensywniej. Z salonu też prowadziły drugie drzwi do tajemniczego pomieszczenia.
Na górze były chyba 3 pokoje. Jeden należał do mojej kuzynki, Sławki. Miała mnóstwo książek, które czytywała, siedząc na drzewie przed domem, i mnóstwo kaset rockowych i metalowych kapel, których się wtedy, o ironio, bałem. Drugi pokój wypełniony był starymi, drewnianymi zabawkami ludowymi, które zbierała moja ciotka, chyba żona wspomnianego brata mojego wuja, też już wtedy nie żyjąca. Były tam konie na biegunach, drewniane, ręcznie malowane koniki z kółkami, które można było ciągnąć na sznurku, lalki, takie z ubrankami i takie proste, drewniane... Niestety, nie pamiętam dokładnie. I tak nie wolno mi się było nimi bawić, a zainteresowany też nie byłem, wolałem metalowo-drewniane zabawki strzelby, którymi 20 lat przede mną bawili się moi kuzyni, już wtedy dorośli synowie wuja. Nie pamiętam, co było w trzecim pokoju.
Pewnego razu, na prośbę mojej mamy, wuj pokazał nam tajemniczy pokój. Był to gabinet. Do dziś, gdy myślę "gabinet", mam w głowie ten jeden obraz, właśnie tego pomieszczenia, który się zachował w mojej pamięci: Ściany wypełnione starymi książkami, duże, ciemne, drewniane biurko z lampą z kryształami, które zakrzywiały przechodzące przez nie promienie słoneczne, wpadające przez szpary w zasłonach na oknie, przeświecających przez unoszący się wszędzie kurz. Pachniało starymi książkami, kurzem i magią. Bo to było magiczne dla kilkuletniego chłopca. To było chyba jedno z bardziej magicznych doświadczeń w moim życiu, mimo iż niewiele pamiętam i trwało chwilę...
Był jeszcze ogród, w którym moja mama, gdy była w moim wieku, pochwała swoją świnkę morską, w którym rosły krzewy dzikiej róży i było mnóstwo liści. Była tam też studnia, której się bałem, bo była ciemna i głęboka. I z boku domu była druga, taka z żurawiem. Ten żuraw był obiektem mojej fascynacji. Jeszcze jakieś 10 lat temu miałem kasetę z nagraniem, na którym mówię: "Ci to ziulaf ci to dźwit", co miało oznaczać pytanie: "Czy to żuraw, czy to dźwig?"... Z ogrodu przez zawsze otwartą furtkę przechodziło się do ogrodzonej części lasu, głównie leszczynowo-brzozowego z tego co pamiętam. Tam chodziliśmy szukać grzybów.
W domu nie było ubikacji. Był wychodek, który znajdował się w lesie, ale nie w tej ogrodzonej, zadbanej i przejrzystej części, tylko z innej strony - w tym ciemnym, strasznym, sosnowym lesie, z którego w nocy wychodziły czarty, diabły, chochliki. A tak przynajmniej mówiła mi kuzynka, w co ja oczywiście święcie wierzyłem. Potrafiłem trzymać potrzebę całą noc, nie przyznając się mamie, bo kazałaby mi iść do wychodka po ciemku, a istniała wtedy uzasadniona obawa, że z powodu przejmującego strachu po prostu bym nie doniósł... Te skrzypiące drzewa, stary, drewniany, rozlatujący się wychodek ze szparami w deskach, drzwiczkami na haczyk na ledwo trzymających je, przerdzewiałych zawiasach. I ten smród, i muchy... To było straszne.
Ale była gorsza zmora - gdy trzeba było iść po mleko do wsi. To było coś strasznego. Szło się jakieś 20 minut, drogą z lasem po prawej a ogrodzeniem po lewej, a potem też lasem. Następnie wychodziło się na otwartą przestrzeń, po prawej pastwiska, po lewej łąki, po których za dnia chodziły bociany. No właśnie - za dnia. Do końca życia nie zapomnę, jak wujek kazał mi iść po zmroku po mleko. Teraz wiem, że za cholerę mu to mleko o 21 nie było potrzebne, ale ja się go trochę bałem (kurde, wielu rzeczy się bałem...) i nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby odmówić. Chyba chciał ze mnie zrobić mężczyznę i przezwyciężyć swój strach czy coś w tym rodzaju. Ale nie samego zmroku czy lasu się bałem, chociaż to też. Po lewej stronie, na środku łąki, stał pień drzewa, w które kiedyś uderzył piorun. Pień był całkiem spory, nadpalony, i wyglądał jak tron. Kuzynka opowiedziała mi, że w nocy na tym tronie siedzi diabeł. Diabelski tron... No myślałem, że się - z przeproszeniem - zesram, jak szedłem drogą patrząc w tamtym kierunku i czekając, aż zobaczę czerwonego jegomościa z rogami, otoczonego ognistą poświatą i stukającego kopytami o swój tron... Strasznie to wtedy przeżyłem, ale oczywiście nie powiedziałem nikomu, że się bałem, i dziarsko wróciłem z bańką mleka. Do tego, że pół drogi powrotnej biegłem jak potrącony, też oczywiście się nie przyznałem.
Z tym miejscem, tymi wieloma wakacyjnymi wizytami, wiążę mnóstwo świetnych wspomnień, które stanowią integralny i niezwykle istotny element tzw. szczęśliwego dzieciństwa. Z kuzynami robiliśmy nocne wyprawy z latarkami przez las, na ogromne pole kukurydzy, żeby podpierdzielić chłopu parę kolb. Kuzynki, starsze o parę(naście) lat, oczywiście straszyły małego karaczana jakim byłem, że chłop patroluje pole z psami, i jak zapalę latarkę, to nas zobaczy, spuści psy i będzie ścigał. Uczyły mnie strzelać z łuku, co potem testowałem na niedalekim pastwisku - krowy były świetnym celem. jeździłem na rowerku do wsi i z powrotem, nawet za dnia bacznie obserwując Diabelski Tron. Przygody jak w "Dzieciach z Bullerbyn"...
Sporo z tych wspomnień musiałem sobie odświeżyć, żeby teraz opisać. Mam nadzieję, że jak kiedyś będę stary i będę miał czas na wspominanie, czy to na papierze, czy czymkolwiek, co go za te 50-60 lat zastąpi, czy to opowiadając wnukom (zakładając, że będą chciały słuchać), będę to wszystko pamiętał. Bo to było piękne i może nie orginalne, ale dla mnie niezwykle wartościowe. I mam nadzieję, że jeszcze odwiedzę Żabie co najmniej dwa razy: Zanim się zestarzeję, i jak już będę stary. Żeby poczuć tą magię.
środa, 10 lutego 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Hej Rafale! Ciekawie z tym diabłem, że czerwony, a nie czarny. Czerwony według średniowiecznej demonologii był kiedy "błyszczał w swej sile" - później sczerniał od grzechu.
OdpowiedzUsuń na zawszeCiekawe, ja zrobiłem wpis (papierowy) mojego Suchedniowa zatytułowany "nim zapomnę". Coś jest, że się to dziecko w sobie pielęgnuje i stara ochronić. Życzę Ci udanego powrotu. Ja w Suchedniowie byłem - z dzieciakami - rok temu. Nic tam nie jest tak jak było. Mostu nie ma, droga od strony ul. Ogrodowej zagrodzona, mój dawny dom ma zielony dach, a nie czerwony jaki miał zawsze. Musiałem pytac o drogę... Mundus senescit przyjacielu, tym bardziej skorośmy już dorośli trzeba chronić dziecko w sobie... Pozdrawiam! ZB